Finn World Masters – Split 2010

Już wyjazd z ośrodka LOK Garland okazał się wyzwaniem. Powódź i wielka rzeka wody, która płynęła awaryjnym przelewem Dzierżna, odcięła dojazd i wyjazd. W akcji przeprowadzenia przyczepy przez przelew wziął udział Adam z załogą. Edek poprowadził liny w poprzek nurtu, a na nich Adam jeepem przeciągnął przyczepę. Ja, zapakowanym do podróży finnem, z wózkiem slipowym na pokładzie, okrążając przelew w bezpiecznej odległości, zostałem przeciągnięty przez Piotra motorówką do ośrodka PANDA, gdzie łódź mogła zacząć podróż na przyczepie. Nazajutrz ruszyliśmy, z Joanną, bardzo wczesnym rankiem i po niecałych 1200 km byliśmy tego samego dnia w Splicie. Znaleziona przez internet kwatera okazała się wspaniała – wprawdzie 10 km od portu, ale z przepięknym widokiem na morze i wyspę Brac.

Następnego dnia rejestracja, opływanie zatoki, spotkanie ze znajomymi, nowe znajomości – towarzystwo naprawdę z całego świata, w tym także z Australii, Nowej Zelandii i Południowej Afryki. Anglicy zapakowali 6 swoich finnów na dużą przyczepę i wynajęli kierowcę-fotografa. Ten, 2,5 dnia podróżował z Portsmouth do Splitu, a później z motorówki fotoreporterów robił zdjęcia. Żeglarze, z żonami, przylecieli na miejsce samolotem. Niestety, z Polski przyjechało tylko 2 łodzie – POL 21 Jacka Binkowskiego, który podróżował z Warszawy, i mój POL 26.

Kolejnego dnia był wyścig kontrolny, który uświadomił mi, że na mistrzostwach świata nie ma słabego sprzętu i słabych zawodników – zająłem jedno z końcowych miejsc.

No i wreszcie start. W pierwszym wyścigu dobrze wystartowałem, ale wybrałem niewłaściwą stronę halsówki. Wygrali ci, którzy popłynęli na róg wyspy i wykorzystali zakręcający tam wiatr. Pisał o tym Melges i dyskutowaliśmy nad tym na klubowym wiosennym seminarium. Wyścig zakończyłem w końcowej połowie, kilka miejsc za Jackiem. W drugim wyścigu, na starcie zostałem całkowicie zamknięty przy statku komisji. Przepuszczając 10 osób, wystartowałem więc w prawo, w kierunku wyspy. Utknąłem na nawietrznej boji i musiałem zrobić karne kółko. Na drugiej halsówce zastosowałem się do dobrej zasady reagowania na zmiany wiatru obserwując kompas. Wyścig zakończyłem w połowie stawki.

Drugiego dnia regat, po długim czekaniu w porcie, wypłynęliśmy ok. 16-tej, ale z powodu słabnącego wiatru wyścig został przerwany. Miłym akcentem wieczornym była uroczysta kolacja w restauracji koło portu – smaczne dania, chociaż jadło się „na stojąco”. Trzeci dzień był dniem towarzyskim. Rano odbyło się coroczne spotkanie Mastersów, na którym ustalano miejsca i regulamin mistrzostw w kolejnych latach. Podczas głosowań nie liczono podniesionych rąk, a tylko przewodniczący stwierdzał, że widzi większość. Oczywiście tym sposobem przechodziły wszystkie wcześniej przygotowane propozycje. Następne mistrzostwa odbędą we Włoszech w Toskanii, a w 2012 w Północnej Walii. Wiatru nie było, więc zdani byliśmy na towarzyskie rozmowy. Kolega z Niemiec, o polsko brzmiącym nazwisku, zadeklarował, że razem z innymi finnistami chętnie pościgałby się w rodzinnych stronach na Górnym Śląsku – może na Dzierżnie, może w Rybniku. Na razie nie sformułowałem zaproszenia.

Ku zaskoczeniu wszystkich, wypłynęliśmy na wodę ok.18-tej.  Dobrze, agresywnie, wystartowałem przy statku komisji i płynąłem koło Czecha Maiera, chociaż lekko mnie wyprzedzał. Jednak stopniowo moje umiejętności spychały mnie na coraz dalszą pozycję, którą reperowałem trochę na kursach z wiatrem. W drugiej halsówce wybrałem niewłaściwą stronę. Miałem niewielką satysfakcję, że podobnie zrobiło kilku dobrych zawodników. Zająłem 56 miejsce.

Przedostatniego dnia wiało z południa z siłą 4- 5 B. Zrobiła się dość duża fala i zaczęło się trochę inne pływanie. Płynąc na linię startu zaliczyłem nawet małą wywrotkę na bok przy zwrocie przez rufę. Na pierwszej halsówce wybrałem znów złą stronę, szukając zmian wiatru na środku akwenu. Należało płynąć jak najbliżej brzegu i skał, zrobić jeden zwrot i wpłynąć pod nawietrzny znak. Zająłem słabe miejsce, tym bardziej, że znowu dotknąłem boji z powodu zbyt szybko wykonanego zwrotu na wiatr przy dolnym znaku. W drugim wyścigu, po lekcji z 1-go biegu, było znacznie lepiej – zająłem 25-te miejsce. Jutro ostatni wyścig, który odbędę w „Silver fleet”, ponieważ nie zakwalifikowałem się do 1-szej połowy zawodników. Mimo, że liczyłem na więcej, te regaty uświadomiły mi, że na mistrzostwach świata nie ma słabszych i mniej doświadczonych zawodników, a jeśli tacy są, to jest ich bardzo mało. Aby zbliżyć się do czołówki nie wystarczy tylko trenować. Muszę posiąść wiele wiadomości na temat przygotowania łódki i techniki pływania, żeby wiedzieć, dlaczego jedni płyną szybciej, a inni wolniej. Moja wiedza, na razie, jest zbyt mała, a moi konkurenci, patrząc na ich twarze i biografie, zdobywali ją przez dziesięciolecia.

Ostatniego dnia organizatorzy sprawili mi niespodziankę. Zamiast wyścigu finałowego odbyły się 2 normalne biegi, przy miłym wietrze 2-4 B od strony morza. W obu dobrze popłynąłem i w efekcie zająłem bardzo satysfakcjonujące mnie miejsce w pierwszej połowie startujących, czyli ogólnie 74/167, a w swojej grupie wiekowej 25/51. To były moje pierwsze w życiu mistrzostwa świata, w których brałem udział. No cóż, kiedyś musi być pierwszy raz …

I jeszcze kilka słów o Chorwacji w maju – czerwcu. Było prawdziwie komfortowo: kapitalna temperatura w dzień, ciepłe wieczory i noce, piękne słońce, mało i bardzo mało ludzi. Jedyna wada – zimna woda, niezachęcająca do kąpieli i nurkowania, a na morzu dużo chłodniej niż na lądzie. Ale jeśli się ma piankę i dobre ubranie …

Bogusław – Finn POL 26start_red_fleet_4_race-photo-zambra