Rejs dla Rodziców- Wyspy Kanaryjskie 2016

Rejs dla Rodziców- Wyspy Kanaryjskie 2016

Relacja Beaty:

Zamykam oczy i nic nie buja, otwieram – aby znowu spróbować
i sprawdzić, czy coś się jeszcze w mojej głownie kołysze. Wszystko przeszło, wróciło do statycznej normy. I tylko nie wiem dlaczego, ten stan wcale mnie nie zadowala
Skąd taka faza? …
Parę miesięcy temu, w luźnych rozmowach pojawił się pomysł, aby pożeglować po Kanarach… i nie musiałam się nad tym zastanawiać. Odkąd pierwszy raz postawiłam nogę na Omedze, zawsze chciałam popłynąć na szerokie wody, a o Kanarach marzyłam chyba od dziecka. Postanowiłam popłynąć w morską przygodę, aby zobaczyć co to znaczy żeglowanie po Oceanie.
Przygoda rozpoczęła się w porcie San Miguel na Teneryfie. Uroczy, cichy port zachwycał w blasku zachodzącego słońca. Nasza Bawaria sklarowana
i wyczyszczona zapraszała na pokład łagodnym kołysaniem. 11 osób załogi plus pierwszy po Bogu – Kapitan. Tylu nas miało spędzić razem tydzień na piętnastometrowym jachcie. Zastanawiałam się przez chwilę, czy będzie mnie bardzo męczyła dolegliwość świeżaków… ale tylko przez chwilę. Tak naprawdę, byłam tak nakręcona na nowe wrażenia, że w zasadzie nie dopuszczałam myśli, aby cokolwiek mogło przeszkodzić mi w czerpaniu przyjemności z rejsu…
Kapitan przywitał nas szklaneczką rudego trunku. Miły gest po nieco męczącej podroży. Rozlokowaliśmy się w kajutach, po czym powędrowaliśmy do miasteczka, aby zaliczyć kolację i zrobić zaopatrzenie w prowiant i coś mocniejszego. Wieczór upłynął na poznawaniu się i delektowaniu lokalnymi przysmakami. Plan był prosty i klarowny. Rano wypływamy. Po śniadaniu poszły pierwsze komendy. Bez problemów minęliśmy główki portu i wyszliśmy na ocean. Radzik (Kapitan) pierwszy postój postanowił zafundować nam na Los Gigantos. Stanęliśmy na kotwicy… prześliczna zatoczka z lazurowym błękitem wody zapraszała do kąpieli. Męska część załogi nie czekała na dodatkową zachętę. W mgnieniu oka znaleźli się za burtą. Panie – tradycyjnie chyba – troszkę się ociągały. Koniec końców prawie każdy zaliczył chrzest. Po prawie dwugodzinnym postoju podnieśliśmy kotwicę i udaliśmy się na Gomerę do San Sebastian nadkładając parę mil, aby zobaczyć Los Órganos. I tu zaczęły się małe schody dla części naszej zacnej załogi. Kołysząca się na fali Bawarka skutecznie i z premedytacją postanowiła wykończyć kilku z nas sprawiając, że załoganci stawali się albo zamknięci w sobie, albo wyjątkowo “wylewni”.
A mnie, niedoświadczonego małego żuczka, Neptun postanowił oszczędzić. Może z racji pełnionej funkcji – II oficera (odpowiedzialnego za kambuz, czyli wyżywienie), a może po prostu z sympatii. Nie wnikam, waże jest to, że na fali, w przechyle nic nie było w stanie przeszkodzić mi w przygotowaniu posiłku czy czegoś ciepłego do picia. Co jest jednoznaczne z tym, że nawet pod pokładem czułam się świetnie. Radzik stwierdził, że to nie moja długość fali. I pewnie wie co mówi, więc poczekam – kiedyś pewnie i mnie dopadnie.
San Sebastian – jeśli chciałabym opisać wszystko, co przyciągało w tym miejscu, mogłoby powstać całkiem pokaźne opowiadanie. W przeciwieństwie do kurortów zaoferować może ciszę i spokój. Górzysty krajobraz wulkanicznych skał, klify wychodzące wprost do oceanu, Park Narodowy Garajonay- znajdujący się w centrum wyspy widniejący na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Chroni się tu rzadkie gatunki zwierząt, formacje skalne i przede wszystkim największy las wawrzynowy na świecie. Wynajętymi samochodami postanowiliśmy zwiedzić stolicę wyspy, kończąc wojaże późnym obiadem
w miejscowej knajpce. Czekała nas nocna przeprawa na Gran Canarię do Puerto Mogan. I to był przelot, który zostanie wszystkim w pamięci. Zaczęło się od przypomnienia przed wyjściem z portu – o zamknięciu wszystkich bulajów, zaształowaniu wszystkiego co lata i zabezpieczeniu jaskółek przed otwarciem…
i tylko przez mały przypadek będąc na oceanie w środku nocy, idąc bajdewindem Dziadek wdarł się na pokład nieproszony przez nikogo siejąc spustoszenie w kajucie dziobowej. Trzy wiadra wody zostały stamtąd wybrane, mokre materace na koi suszyły się cały następny dzień, a przerażona załogantka przez chwilę myślała, że toniemy. Skąd takie zamieszanie?… Otóż mąż szanownej koleżanki, w wyniku nękających mdłości postanowił uchylić bulaj, niedużo, szczelinkę tylko zostawił… ale Dziadkowi w zupełności ona wystarczyła 🙂 Nadmienię tylko, że ów kolega w trakcie nocnego pływania był wyjątkowo wylewny. Ale trzeba mu oddać, że do pracy się nadawał. Dzielnie refował żagle i nawet momentami starał się włączyć do rozmowy. Płynęliśmy koło czternastu godzin, ale Puerto Mogan warte było tego przelotu. Bajecznie kolorowe, wąskie uliczki dające cień i wytchnienie. Złota plaża, słońce ciepła woda… tak, do był wypoczynek. A wieczorem? No cóż, część z nas postanowiła poszaleć. Gdzie? W Puerto Rico. Najbardziej chyba rozrywkowe miejsce
w archipelagu Wysp Kanaryjskich. Pozwólcie, że nie opowiem, jak się bawiliśmy. Wystarczy, że zobaczycie uśmiech na mojej twarzy i wesołość
w oczach.
Następnym portem było Anfi Del Mar. Stanęliśmy na kotwicy na przeciw szerokiej, złotej, piaszczystej plaży. Poza ogólnym leniuchowaniem, panowie zaliczyli niezwykle pasjonujący mecz plażowej piłki siatkowej, co w tamtejszej temperaturze było nie lada wyczynem. W ramach ochłodzenia postanowili pokonać drogę na jacht wpław, zamiast na pontonie.
Przedostatni przelot był na Pasito Blanco. Nie będę ukrywać, że wejście do tego portu było dla mnie osobiście najprzyjemniejsze. Przy wsparciu Kapitana, zaliczyłam piękne podejście do kei. Były komendy, był desant… wszystko wykonane z precyzją i spokojem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego nasz pierwszy po Bogu, miał małe opory przed wejściem do tego portu. Ale to już troszkę inna historia, wybaczcie, ale nie mam pozwolenia, aby ją opowiedzieć. Z Pasito zaliczyliśmy spacer na wydmy w Maspalomas. Wędrówka wzdłuż linii brzegowej, częściowo po klifie, częściowo deptakiem – dostarczała niesamowitych wrażeń. Powietrze niosło zapach soli i słońca, wiatr kłócił się z falami o pierwszeństwo snucia opowieści, turyści barwni i kolorowi, nie zwracali uwagi na mijających ludzi. Zajęci sobą, pięknem otoczenia, nawet nie byli zbyt męczący – jak to się zwykle zdarza w zatłoczonych kurortach. Tam każdy miał kawałek miejsca dla siebie. A wydmy?… Słowa nie są w stanie oddać tego, co widziały oczy. To był ostatni port, w którym spędziliśmy uroczy wieczór snując się uliczkami skąpanego w nocnym świetle miasteczka. Na wodę wyszliśmy wczesnym rankiem. W zasadzie jeszcze nocą. Było ciemno i cicho. Dźwięk silnika niósł się po wodzie, kalecząc odgłosy przyrody. Czekało na nas Radazul. Port docelowy, ostatnia przystań dla większości załogi. Drugi, częściowo nocny przelot, był dla nas dużo spokojniejszy. Większość spała do późnych godzin porannych.
Nieuchronnie zbliżała się chwila, w której załoga powinna podziękować Kapitanowi za rejs. Za odwagę, że wziął na pokład pod własną opiekę bandę nieznanych ludzi, że przejął odpowiedzialność za wszystkich – zwłaszcza tych nieopływanych. Za dobre słowo, uśmiech i czekoladę dla pierwszego “wylewnego” załoganta. Za trasę, którą wyznaczył, by pokazać nam piękne miejsca, mimo że sam zna je na pamięć i pewnie są już dla Niego troszkę nudne. Tak, szykował się Wieczór Kapitański. Była lekka kolacja: melon w szynce parmeńskiej, jajeczka z łososiem wędzonym, sałatka z krewetek koktajlowych, sery dojrzewające, patera z owocami, wino i whisky.
Następnego dnia przed godziną 12 oddaliśmy jacht. Na pożegnanie Radzik powiedział każdemu coś miłego, zostały wręczone opinie z rejsu… i tak oto skończyła się przygoda dla większości załogi.
… dla większości, ale nie dla mnie i mojej przesympatycznej koleżanki Agnieszki. Razem z Radkiem miałyśmy jeszcze jeden przelot do zaliczenia. Przeprowadzić drugi jacht z Radazul do San Miguel. Sterowanie jachtem na którym jest prawie pusto to zupełnie inne doznanie. Każde z naszej trójki miało własne zajęcie. Ja stanęłam za sterem, Aga wypoczywała na deku, Radzik próbował dogadać się z nawigacją. Czasami zmieniałyśmy się za sterem, a nasz ulubiony Kapitan robił fotki. Ten ostatni przelot nie miał się tak szybko zakończyć. Ale wszystko co dobre….

Z żeglarskim pozdrowieniem
i podziękowaniem dla Radka
Ruda